Dawno zapomniany dworzec kolejowy w Gorlicach
niedziela, 28 grudnia 2014
niedziela, 21 grudnia 2014
tania siła robocza
Zakupiłem "farbki wodne", które były moją zmorą w podstawówce. Pomarszczony papier i kłaki na całej pracy, rozlewające się kształty i nijakie kolory. Postanowiłem moją słabość przekuć na atut. Dodałem resztki wyschniętego chińskiego atramentu i efekt, jaki odniosłem po niespełna pół godziny, nie jest chyba całkiem dramatyczny.
piątek, 7 listopada 2014
środa, 5 listopada 2014
Pierwsze koty za płoty
Dość inspirujące jest dla mnie odkrywanie pana, który zowie się Feng Zhu i ma swoje studio concept artu i graficzną szkołę designerską.
Jedną z wielkich jego umiejętności jest tworzenie środowisk do gier i filmów. Potrafi zrobić to od zera, albo też przy użyciu własnej fotografii.
Z własną fotografią spróbowałem po raz pierwszy.
Nie jestem zadowolony z efektu, ale wiem, że muszę uświadomić sobie jak kiepsko stawiam ten pierwszy krok, żeby kolejne stawiać rozważniej i, mam nadzieję, lepiej.
Jedną z wielkich jego umiejętności jest tworzenie środowisk do gier i filmów. Potrafi zrobić to od zera, albo też przy użyciu własnej fotografii.
Z własną fotografią spróbowałem po raz pierwszy.
Nie jestem zadowolony z efektu, ale wiem, że muszę uświadomić sobie jak kiepsko stawiam ten pierwszy krok, żeby kolejne stawiać rozważniej i, mam nadzieję, lepiej.
czwartek, 30 października 2014
Bush "Man On The Run"
Pamiętam piękne czasy, kiedy „Need For Speed” było proste jak budowa cepa. Ścigasz się, wyprzedzasz innych wygrywasz. Możesz być policją. Wtedy gonisz. Żadna filozofia. Czysta przyjemność z jazdy. A co dodatkowo? Genialna muzyka. To zawsze charakteryzowało gry z tej serii. W części „Hot Pursuit 2” (tej starszej) wyjątkowo dobrze brzmiał numer „The People That We Love (Speed Kills)”. To skłoniło mnie do poszukania, kim właściwie są panowie z zespołu z Bush i co tez ciekawego mają mi do zaproponowania. Tak zaczęła się moja przygoda z zespołem.
Cieszę się, że po latach sielanka trwa dalej. Mimo niemal dziesięcioletniej przerwy, ekipie udało się wrócić w świetnym stylu krążkiem „The Sea Of Memories” w roku 2011. Teraz natomiast kontynuują dobre granie, serwując nam „Man On The Run”.
Próbowałem odnieść tę płytę do innych longplayów formacji, czy jest dojrzalsza, ciekawsza, zupełnie inna. Porównania nie wychodzą jednoznacznie. Zaglądając wstecz stwierdzam, że Gavin Rossdale i jego weseli kompani, od samego początku grali niesamowicie świadomie. Ich albumy są dojrzałe i konsekwentne. Już pierwsze utwory noszą ten charakterystyczny, ciężki rys, który trwa po dziś dzień. Można zarzucać im, że ocierają się lekko o monotonię, jednak nic bardziej mylnego. Nakreślili sobie pewne ramy, w granicach których swobodnie wyszukują nowych możliwości.
Tak też jest w „Man On The Run”. Już rozpoczynający „Just Like My Other Sins” sprawił, że poczułem się dobrze. Wróciły wszystkie sympatyczne odczucia, jakie do tej kapeli żywiłem. Mocny, osadzony nisko na ciężkich gitarowych nogach. Nie ma też obaw przed wsłuchiwaniem się w tekst.
Tytułowy numer gdzieś w swoim tle usiłuje sprzedać nam elektroniczne odskocznie. Delikatnie, pod riffami, przybite gwoździami perkusji, przewijają się dźwięki, których doświadczyć można, w większym nasileniu, słuchając ostatnich poczynań Muse. Dobrze to wszystko się prezentuje. „Man On The Run” to propozycja typowo w stylu post-grunge.
Pierwszym singlem i teledyskiem z tej płyty jest „The Only Way Out”. Po zetknięciu się z nim, wyraziłem nadzieję, że całość nie będzie zdziadziała. Słuchając tej kompozycji, można odnieść wrażenie, że Bush już powoli myślą nad złagodzeniem rockowego kaca i graniem w nieco delikatniejszy sposób. Na szczęście, jeśli dobrze się wgryźć, „The Only Way Out” to też mała paczka gwoździ do zgryzienia.
„The Gift” zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. I jest to chyba pierwszy numer z płyty, który zacząłem nucić pod nosem. Chwytliwa melodia i tekst, który powtarza się sam. Zacząłem się w niego wsłuchiwać, bo przestraszyły mnie słowa „Jesteś spadającą gwiazdą w swojej konstelacji”. Reszta tekstu mnie uspokoiła. Gorąco polecam zagłębienie się w liryki z całego krążka. Tak dziś pisze się dobre utwory. Bez napuszania i bez frazesów.
„This House Is On Fire” ma wielki atut w postaci drugiego tempa w zwrotce. Stosunkowo szybko wybijane wersy nagle, na jedną linijkę, przechodzą w wolno wyśpiewywane słowa. Jakby zaraz potem miał rozpocząć się refren. Taki zabieg buduje ciekawą atmosferę.
„Loneliness Is A Killer” pod względem atmosfery i emocji to zdecydowany numer jeden. To Bush, jaki znamy z najlepszych kawałków, jak „Afterlife” czy „Glycerine”. To z nim „Man On The Run” rozkręca się na dobre. Znalazłem tu ponad pięć minut świetnego brzmienia, pełnego energii i doskonale zaaranżowanego.
„Bodies In Motion” ma w sobie coś z obrazu. Rossdale i spółka malują mi w wyobraźni scenę, w której zmęczony życiem facet przepuszcza przez palce kasę, przelewa alkohol, przerzuca kobiety, cały czas wspominając dawne chwile szczęścia, których kiedyś zaznawał. Taki numer to dobre ćwiczenie na interpretację, czucie muzyki. Od strony twórcy Bush poradzili sobie całkiem sprawnie.
„Broken In Paradise” w stylistyce podobny jest dość do „This House…”. Połączenie przeciągniętego wokalu osadzonego w mocnym gitarowym brzmieniu daje bardzo dobry efekt w postaci rockowej ballady przez duże R i B. Nie jest to typ piosenki, przy której uśniecie, ale taki, który złapie za wnętrzności i ściśnie.
Dużo spokojniej robi się w kolejnym „Surrender”. Instrumenty ciszej, zwrotka spokojniej, podręcznikowa konstrukcja przytulanki ze wzmocnionym zakończeniem. Miły akcent, prawie na końcówkę płyty. A przede mną już tylko dwie pozycje.
„Dangerous Love” może nie jest podszyte elektronicznymi brzmieniami, jak to mamy w przypadku pierwszego na krążku „Just Like My Other Sins”, jest jednak najnowocześniej brzmiącym numerem z całego składu. Może sprawiają to wplecione w instrumentalną warstwę zwrotki delikatne szarpnięcia za struny, może cała linia gitarowa snująca się w tle. Wszystko komponuje się świetnie i, jak śpiewa Gavin „Everything is beautiful and nothing hurts”.
Sam koniec to „Eye Of The Storm”, najspokojniejsza kompozycja na „Man On The Run”. Chyba przy okazji jest to najmniej „bushowski” numer. Coś w głębi żołądka czuję, że tej jesieni możemy doczekać się jeszcze klipu i singla opartego na owym kawałku.
Podsumowując, płyta, na którą cieszyłem się od pierwszej wzmianki, że może powstać, nasyciła mój apetyt. Nie przyjmuję jej bezkrytycznie, ale tak szczerze, nie ma się tu do czego przyczepić. Cały skład Bush stanął na wysokości zadania i zrobił to, czego od nich wymagano. Solidny longplay serwujący szeroki wachlarz muzyczno-emocjonalny. Polecam z czystym sercem.
wtorek, 21 października 2014
Slipknot ".5: The Gray Chapter"
Jak inaczej rozpatrywać można najnowsze dzieło zespołu Slipknot, jeśli nie w kategoriach rewelacji? Myślę, że nie można. Od pierwszego dźwięku „.5: The Gray Chapter” przekonało mnie do jednego – to jest to. Na taką płytę czekałem.
Otwarcie za pomocą „XIX” to strzał w dychę. Dużo energii i ciekawych pomysłów na początek. Corey Taylor postarał się, żeby było jasne, że nie zapomniał jak śpiewać w mroczniejszym klimacie.
Kolejne kompozycje zwracają uwagę przede wszystkim kapitalnym brzmieniem instrumentów. To Slipknot, jaki znam, jaki lubię, i jakiego bałem się słuchać, kiedy miałem 12 lat. Niestety nie można już powiedzieć w pełni konsekwentnie, że i wokal poprowadzony jest po „slipknotowemu”. Weźmy taki „Nomadic” – przecież w refrenie brzmi to jak kupa współczesnych kapel z popowym wokalem, zmieszanym z metalowym krzykiem. Może nie zapowiada się na przejście na screamo, ale z pewnością Taylor zapomina, że to chwilowo nie jest Stone Sour. Tak jest w „Goodbye” i miejscami w „The Devil In I”.
Mimo tych odlotów wokalnych, bliżej mi skojarzeniowo do dobrych czasów Korna niż do pobocznego projektu Coreya. „AOV” brzmi nieziemsko. Perkusyjna naparzanka, garściami włożona energia. Nie ma nad czym powybrzydzać. I nawet się nie chce.
Myślę, że te sześć lat dość dobrze wpłynęło na granie, jakie nam prezentują amerykańscy metalowcy. Przekaz, jaki powinna nieść ze sobą muzyka, nie ginie w nagminnej nawalance. Jeśli już ją mamy, jak w „Custer”, to wpleciona jest w pewną konwencję, w historię przyciągającą słuchacza sposobem podania. Chyba nawet „Custer” stanowi świetny moment do cofnięcia się do początku krążka. Za drugim przesłuchaniem albumu, tak właśnie zrobiłem. Skończył się numer 11 i natychmiast „5: The Gray Chapter” poleciało od nowa. W jakiś sposób tu tkwi pointa longplaya. Nie wiem jak to wyjaśnić. To po prostu takie uczucie w żołądku.
Album zbliża się ku końcowi przez przerywnik „Be Prepared For Hell”, będący równocześnie intrygującym wstępem do „The Negative One”, pierwszego singla promującego płytę.
I jeszcze drobna uwaga. Jeśli nie posiadacie na swoim krążku utworu „If Rain Is What You Want” to znak, że ktoś nabił Was w butelkę. Zgodnie z informacją podaną na stronie zespołu, właśnie ten numer nie znajdował się na pirackiej partii, którą wykryto już na kilku rynkach.
Podobno planowane są też wersje z dwoma bonusowymi numerami: „Override” i „The Burden”.
Choć przesłuchałem płytę z przyjemnością, cieszę się, że nie wyczekiwałem jej z takimi wypiekami, z jakimi czekam na nowych Foo Fighters czy Bush. Chyba zawiodłoby mnie to połączenie różnych zespołów, rozjazd między poboczne projekty. Nawet piosenka „Lech” nie jest o naszym Lechu.
poniedziałek, 20 października 2014
Big Wreck "Ghosts"
Jest kilka prawd o płycie „Ghosts”. Jedną z nich jest, że dużo zyskuje słuchana głośno. Jeśli nie ma pod ręką dobrych głośników, puść sobie to głośno na słuchawkach. Myślę, że warto. Big Wreck od wydania „Albatross” przed dwoma laty, zyskali sporo w warstwie instrumentalnej. Jest więcej. Nie ilościowo, ale jakościowo. Już pierwsze, otwierające album dźwięki, pozwalają to zauważyć. Nie ma tu już tak wielu delikatnie obchodzących się ze słuchaczem aranżacji, opartych o plumkanie gitary. Mnogość dźwięków od razu kazała zdecydować mi, czy godzę się na takie podejście. Postanowiłem dać im szansę. Jak wyszło?
Na początek dziwnie. Ciężko było przestawić się na nowe współbrzmienie muzyki i wokalu. Ian Thornley wygląda jak bezdomny z gitarą, a w tym otoczeniu brzmi jak męski Enrique Iglessias. Jest, nie przymierzając popowo. Tym zabawniej mi się zrobiło, kiedy odkryłem, że w niektórych momentach nadal zalatuje Chrisem Cornellem.
Do popu nie przystają jednak długości. Mamy tu aż 9 utworów dłuższych niż 5 minut, 3 z tego nawet to więcej niż 7 minut.
Całkowicie mieszają się mocne riffy z lżejszym śpiewem. Zbity z tropu lawirowałem między obrazami Soundgarden a tymi, w nastroju jesiennych spacerów po pustych ulicach. Najwięcej zamętu wprowadził zdecydowanie „I Digress”.
Najprędzej w ruchy zbliżone do autystycznego kiwania wprawia jednak tytułowe „Ghosts”. Podczas pierwszych tygodni od premiery, można było posłuchać go wszędzie. Było też w pierwszej dziesiątce najchętniej odtwarzanych singli w amerykańskich stacjach radiowych. I właśnie. Przestroga. Panowie Kanadyjczycy namordowali się z komponowaniem, wrzucili kilka pięknych i przyjemnych solówek. Nie ograniczajcie się do teledysków i radia, tam bowiem niektóre kawałki ucięte są o niemal dwie minuty. Smaczki zatem dla pożeraczy płyt. W końcu 6 minut to dla mediów przecież za dużo.
Zwolenników poprzedniej płyty Big Wreck z pewnością urzeknie „Diamonds”. Jest absolutnie w jej stylu. Miło znaleźć taki łącznik rzucony przez zespół na przestrzeń dwóch lat. Tym za to, co uwielbiają lekko zachrypnięty wokal Thornleya, powinien mocno posmakować „My Life”.
„Still Here” to taki utwór, który mimo ponad 7 minut, zaczyna się i już wiesz, czego się spodziewać. Przyjemne plumkanie da całej rodziny. I widzę, że ten kierunek muzycy obrali jeszcze w kilku innych przypadkach. „Off And Running” i „Friends” mają za zadanie obiorcę urzec, ale nie zaszokować. Na wypadek, gdyby ktoś planował miłosne podboje w rytm „Ghosts”.
„War Baby” uzmysłowiło mi, jak cienki lód jest pod stopami autora tekstów. Niby są przystępne, nie nadmuchane i przesadnie filozoficzne, a jednak jeszcze kilka słów i byłoby za wiele. Już by nas to pewnie zanudziło, gdyby nie poprzedzające je „Come Whatever May”.
Ogólnie cały krążek uznać mogę za przyjemny. Tylko dla tak doświadczonej kapeli, powinno to być za mało. O wiele więcej obiecywałem sobie, gdy poznałem ich poprzednie wydawnictwo. Poszli w nieco inną stronę. Trudno.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



