wtorek, 29 października 2013

Kredkowy portret

Oj, kilka godzin uciekło, ale efekt nawet nie jest najgorszy.

pięć etapów powstawania człowieka

i człowiek wykończony

sobota, 26 października 2013

Paul McCartney bije na głowę Davida Bowie

Taki chyba wniosek można wysnuć po obejrzeniu teledysku "New", tytułowej kompozycji z nowej płyty eks-Beatlesa. Wydaje mi się, że Paul wypowiedział korespondencyjną wojnę Bowiemu, którego "The Next Day" zbulwersowało widownię dość kontrowersyjną tematyką, a także przyciągnęło i uwiodło występującymi tam gwiazdami.
TUTAJ możecie zapoznać się z klipem Davida. 

Aby przyćmić nieco rywala (albo i dogryźć koledze), McCartney, jakby od niechcenia, wprowadza na plan teledysku kolejne gwiazdy. Zaczyna skromnie, od idola nastolatek i obiektu westchnień wielu kobiet, Johnny'ego Deepa. A to tylko początek. Maryl Streep, Kate Moss, Jeremy Irons... nazwiska sypią się, spadają na widza w ilościach tak przerażających, że można się zacząć zastanawiać, ile kosztowało nakręcenie takiego klipu. A może wszystkie te osobistości zrobiły to z czystej sympatii dla muzyka?

Mnie, oprócz gwiazd (nie wszystkie rozpoznałem - przyznam się bez bicia), zainteresowała sama kompozycja. Paul od pierwszych taktów gra... jak Beatles. Nie da się ukryć jak wiele było jego wkładu w brzmienie legendarnej Czwórki. Nie można też uciec przed przeszłością, choć minęło już wiele dekad. 

środa, 16 października 2013

Ocalić od zapomnienia - Cytrus/Korba


Nie tak dawno, wrzucając na facebookowy profil Rbb stare polskie kawałki, stwierdziłem, że niezły to pomysł, by jakoś te perełki przypomnieć. Nieco szerzej, ze wspomnieniem kilku słów o twórcach i czasach.

Na pierwszy strzał rzucam zatem zespół Cytrus, a także jego późniejszą inkarnację - grupę Korba.

źródło - http://www.progrock.art.pl/cytrus/html/

Zacznijmy jednak od pradziejów. Korzenie Cytrusa wyrastają za wodą, z rytmów takich kapel jak Jethro Tull czy Santana. Pomieszanie maestrii instrumentalnej z przemycanymi folkrockowymi melodiami, piszczałkami, flecikami i innymi cudami ówczesnej techniki. W owym romansie tego co obciachowe z tym, co porywające, zakochali się w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku panowie z Trójmiasta.
Zaowocowało to, cytrusowo, w 1979 roku. Wciągu sześciu lat działalności, przez skład przewinęły się nazwiska:

Kazimierz Barlasz – śpiew
Józef Masiak – śpiew
Andrzej Kaźmierczak – gitara
Marian Narkowicz – skrzypce, flet, gitara, piano
Waldemar Kobielak – gitara basowa
Andrzej Kalski – perkusja
Zbigniew Kraszewski – perkusja
Leszek Ligęza – perkusja

Teraz, kiedy wymieniasz tych ludzi, tytuły, czy kapele, zazwyczaj napotykasz wielkie oczy i rozdziawione gęby. Wtedy jednak, z taką sama reakcją spotykano się, jeśli ich nie znano.

Dziwne jak to czas wymazał z pamięci postaci, bez których nie wyobrażano sobie wtedy imprez w Jarocinie (Festiwal Muzyki Młodej Generacji), Sopocie (Pop Session), Łodzi (Rockowisko) czy Jeleniej Górze (Kart Rock).

Mimo, iż grupa nie wydała za swojego żywota żadnego krążka, wiele razy nagrywała swoje występy w studiach radiowych. Dzięki temu dziś możemy podziwiać takie hity ówczesnej epoki jak "Baśń O Księżycowej Karecie" czy "Bycza Krew". Wszystkie ocalałe utwory wydano dopiero w XXI wieku dzięki staraniom byłego menedżera Cytrusa, Marcina Jacobsona (tak, to ten od Dżemu). W ten sposób opublikowano w wytwórni Metal Mind Productions "Kurzą Twarz" (2006) i "Tęsknicę" (2007).



W związku z lawiną odejść, jaka spadła na grupę, muzycy zmuszeni byli do znacznego uszczuplenia tras koncertowych, a w ostateczności do rozwiązania zespołu w roku 1985.

Część z nich, a konkretnie Barlasz, Narkowicz, Kaźmierczak, Kobielak i Ligęza, gnani miłością do wspólnego grania dobrej muzyki, utworzyli rock'n'rollową, zahaczającą o metal, grupę Korba. I chwała im za to!

Już dwa lata po powstaniu, w roku 1987, udało im się osiągnąć to, czego nie zrobili z poprzednim projetkem. Wydali płytę. "Motywacje" zawierały, przede wszystkim, "Biały Rower" i "A Statek Płynie".


Myślę, że głównie za sprawą tekstów, Korba stała się ważnym elementem ówczesnego świata. Dla ludzi, których życie uciekało w szarej, komunistycznej rzeczywistości, utwory stawały się manifestem. Wyrażały obawy, że życie ucieka a oni nie są w stanie niczego z tym zrobić, nie mogą wtrącić swoich trzech groszy do własnego życiorysu.

źródło - http://www.lastfm.pl/music/Korba

Już w roku następnym ukazało się wydawnictwo "Sto Papierów". Z obu tych tytułów wydawnictwo Metal Mind Productions wycągnęło kompilację "Biały Rower" wydaną w 2006.

Osobiście, za najznakomitszy utwór, uważam kawałek "Składam Broń". Idealnie pokazuje w jakiej kondycji był w tamtym czasie polski rock, jakie miał możliwości i jak dobrze wkroczył potem w lata 90-te. A co działo się dalej, to już wiecie...


 

poniedziałek, 14 października 2013

Pearl Jam - "Lightning Bolt" (recenzja)

Już za kilka godzin sklepy muzyczne przeżyją oblężenie fanów Pearl Jam. Na świat wkracza bowiem ich najnowsze dzieło "Lightning Bolt". Piorunujący efekt to jednak nie jest to, co przydarzyło mi się przy pierwszym przesłuchaniu. Raczej będzie to krążek, do którego wracał będę z nastawieniem "zawsze przyjemnie posłuchać Pearl Jam'u". I tak faktycznie jest. Przez te wszystkie lata kapela nie obniżyła lotów. Zawsze mają jakość i magnes przyciągający kolejne pokolenia miłośników.

Robiąc jednak ogromny skok, od płyty "Ten" po "Lightning Bolt" właśnie, zauważyłem jak bardzo wujek czas posunął muzyków z Seattle. Pamiętam jaki szok przeżyłem kilka lat temu, kiedy wydali "Backspacer'a". Zwłaszcza oglądając teledysk do "The Fixer" nie mogłem przestać myśleć o tym, jak staro za mikrofonem prezentuje się Eddie i jak słychać prześpiewane dekady.

Reszta zespołu chyba też to zauważyła, bo cztery lata później już nieco spuścili z tonu.Owszem, pierwsze kawałki jeszcze nieco nawiązują do wspomnianego singla z poprzedniego wydawnictwa, ale ułożone są tak, by potupać nogą. Niekoniecznie po to, żeby wbijać gwoździe głową w szaleńczym pogo.

Graficzny spis utworów - okładka do małe dzieło sztuki, dopracowane w każdym detalu
źródło - http://www.theskyiscrape.com/
Zwłaszcza "Getaway" i "Mind Your Manners" przypadną do gustu fanom rocka z ADHD. Już "My Father's Son" i tytułowy "Lightning Boldt" to kompozycje bardziej zrównoważone, przedzielone genialnym, singlowym "Sirens". Wszystko po to, żebym nie doznał szoku termicznego przechodząc do dalszej, nieco wolniejszej części krążka.

Siedem kolejnych utworów to mieszanka najlepszych rockowych klimatów, jakie słyszeliście w ostatnim dziesięcioleciu. Najdziwniejszy kawałek to, moim zdaniem, "Sleeping By Myself". Im dłużej go słucham, tym dziwniejszy się staje. Im bardziej analizuję całą płytę, tym mocniej odstaje, ale, paradoksalnie, pasuje też bardziej.

Kiedyś...
źródło - http://www.sfgate.com/entertainment/slideshow/10-things-you-didn-t-know-about-Pearl-Jam-67082.php

Kolejne zdziwienie to "Future Days". Jeśli ktoś słuchał ścieżki dźwiękowej do "Into The Wild" autorstwa Veddera, bez problemu pozna ten klimat akustycznej gitary i oszczędnej kompozycji. Myślicie, że to jakiś odrzut z tamtego albumu?

Dwa numery, "Sirens" i "Yellow Moon" napisane zostały chyba po to, żeby stanowić jakiś mocny punkt zaczepienia dla historii Pearl Jam. Brzmią jak wiele poprzednich, bardzo dobrych ballad. Klimat, wokal, teksty. Wszystko jest i wszystko kojarzy się znakomicie.

...i dziś
źródło - http://popdose.com/tv-review-american-masters-pearl-jam-twenty/

To nie one jednak są najmocniejszym punktem "Lightning Bolt". Jest nim kompozycja "Infallible".
Niby, na upartego, mógłbym wcisnąć ją do spółki z dwójką poprzednich i zakończyć na tym. Ale muszę oddać sprawiedliwość w ręce muzyków. Wykonali kawał dobrej roboty nagrywając coś, co pozwala ze spokojem patrzeć mnie i im w przyszłość. Widać, że pokłady pomysłów i chęci jeszcze się nie skończyły, że jeszcze w tych starzejących się dżentelmenach tkwi buntownik z Seattle. Może już nie dochodzi do głosu jak kiedyś, ale wciąż się rozwija i znajduje nowe sposoby wyrażania swojego zdania na temat świata.

Już czekam na płytę numer 10.


środa, 9 października 2013

Metallica grubo pod kreską

Jak co roku, do kin wchodzi kilka tytułów, które wywołują u mnie szybsze bicie serca. Kończący się rok przynosi drugą część "Hobbita", kontynuację "Machete" no i w kwestiach muzycznych "Through The Never". Ten ostatni to fabularyzowany film o Metallice. A właściwie to o ich koncercie. A właściwie to o chłopcu na posyłki, który podczas występu najsłynniejszego metalowego bandu świata wpada w różne nieprzewidziane ciągi zdarzeń.


Obraz pojawił się już w kinach, ale szczerze coraz mocniej zastanawiam się, czy nie przeczekać nieco i obejrzeć go gdzieś i kiedyś, nie teraz i nie w kinie. To, co mnie ciągnie tam najmocniej to muzyka. Bez sensu chyba psuć sobie efekt jakimś 3D i grupą napalonych nastolatków na kinowej sali.

Wydaje mi się, że tak samo myśli spora część fanów. Już widać, że zainwestowane 15 milionów dolców nie zwróci się. Póki co, do kieszeni inwestorów, wróciły niespełna 3 bańki. Zielone nie spływają i spływać nie chcą i nie będą. Martwią się wszyscy, ale James Hetfield macha na to ręką zwalając wszystkie troski na marketingowców. 

Światełkiem w tunelu jest soundtrack, który już teraz sprzedał się w ponad 25 tysiącach egzemplarzy.

Ponad to, już drugi raz słyszymy coś o nadchodzącym kolejnym (po Death Magnetic) longplayu. Robert Trujillo puścił farbę w mediach, dopiero teraz możemy traktować to poważnie. Wcześniej wspomniany wokalista formacji zapewnia, że od wiosny rozpocznie się intensywna praca studyjna. Jest już 800 riffów, są chęci i zapał, podniecenie i szał.

Obawiam się, że po ostatnich wyczynach (film, współpraca z Lou Reed'em), ekscytacja może być w przeważającej części po stronie metalowych dziadków. Fani czekają... z niepokojem.