wtorek, 21 października 2014

Slipknot ".5: The Gray Chapter"


Jak inaczej rozpatrywać można najnowsze dzieło zespołu Slipknot, jeśli nie w kategoriach rewelacji? Myślę, że nie można. Od pierwszego dźwięku „.5: The Gray Chapter” przekonało mnie do jednego – to jest to. Na taką płytę czekałem.

Otwarcie za pomocą „XIX” to strzał w dychę. Dużo energii i ciekawych pomysłów na początek. Corey Taylor postarał się, żeby było jasne, że nie zapomniał jak śpiewać w mroczniejszym klimacie.

Kolejne kompozycje zwracają uwagę przede wszystkim kapitalnym brzmieniem instrumentów. To Slipknot, jaki znam, jaki lubię, i jakiego bałem się słuchać, kiedy miałem 12 lat. Niestety nie można już powiedzieć w pełni konsekwentnie, że i wokal poprowadzony jest po „slipknotowemu”. Weźmy taki „Nomadic” – przecież w refrenie brzmi to jak kupa współczesnych kapel z popowym wokalem, zmieszanym z metalowym krzykiem. Może nie zapowiada się na przejście na screamo, ale z pewnością Taylor zapomina, że to chwilowo nie jest Stone Sour. Tak jest w „Goodbye” i miejscami w „The Devil In I”.
                                             Slipknot "The Devil In I" - źródło Youtube

Mimo tych odlotów wokalnych, bliżej mi skojarzeniowo do dobrych czasów Korna niż do pobocznego projektu Coreya. „AOV” brzmi nieziemsko. Perkusyjna naparzanka, garściami włożona energia. Nie ma nad czym powybrzydzać. I nawet się nie chce.

Myślę, że te sześć lat dość dobrze wpłynęło na granie, jakie nam prezentują amerykańscy metalowcy. Przekaz, jaki powinna nieść ze sobą muzyka, nie ginie w nagminnej nawalance. Jeśli już ją mamy, jak w „Custer”, to wpleciona jest w pewną konwencję, w historię przyciągającą słuchacza sposobem podania. Chyba nawet „Custer” stanowi świetny moment do cofnięcia się do początku krążka. Za drugim przesłuchaniem albumu, tak właśnie zrobiłem. Skończył się numer 11 i natychmiast „5: The Gray Chapter” poleciało od nowa. W jakiś sposób tu tkwi pointa longplaya. Nie wiem jak to wyjaśnić. To po prostu takie uczucie w żołądku.

Album zbliża się ku końcowi przez przerywnik „Be Prepared For Hell”, będący równocześnie intrygującym wstępem do „The Negative One”, pierwszego singla promującego płytę.

I jeszcze drobna uwaga. Jeśli nie posiadacie na swoim krążku utworu „If Rain Is What You Want” to znak, że ktoś nabił Was w butelkę. Zgodnie z informacją podaną na stronie zespołu, właśnie ten numer nie znajdował się na pirackiej partii, którą wykryto już na kilku rynkach.

Podobno planowane są też wersje z dwoma bonusowymi numerami: „Override” i „The Burden”.

Choć przesłuchałem płytę z przyjemnością, cieszę się, że nie wyczekiwałem jej z takimi wypiekami, z jakimi czekam na nowych Foo Fighters czy Bush. Chyba zawiodłoby mnie to połączenie różnych zespołów, rozjazd między poboczne projekty. Nawet piosenka „Lech” nie jest o naszym Lechu.

2 komentarze:

  1. Ta recenzja nie mówi nic o nowym krążku Slipknot. A figury retoryczne są jak kwadratura koła.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za koment, przemyślę przed kolejną recenzją.

    OdpowiedzUsuń