środa, 3 sierpnia 2016

Święci związani z UJ

Graficzne wizerunki Świętych przygotowane na potrzeby wystawy "O Świętości!" dla Muzeum UJ Collegium Maius.
Brat Albert (Adam Chmielowski)

Jadwiga Andegaweńska

Jan Kanty

Jan Paweł II (Karol Wojtyła)

Jan z Dukli

Józef Bilczewski

Kazimierz Jagiellończyk

Sebastian Pelczar

Stanisław Kaźmierczyk

Szymon z Lipnicy

sobota, 24 października 2015

Muzeum UJ Collegium Maius



Kilka prac zainsporowanych zbiorami oraz historią Muzeum UJ mieszczącego się w Collegium Maius w Krakowie.

wtorek, 3 marca 2015

list otwarty do autora artykułu "Nowoczesny model rodziny to koszmar dla mężczyzn"

Najpierw dopełnię obowiązku wobec czytelników i zamieszczę link do opisywanego artykułu:

http://mamadu.pl/117085,nowoczesny-model-rodziny-to-koszmar-dla-mezczyzn

A teraz dalej.
Panie Aleksandrze,

z góry przepraszam, jeśli tekst poniższy uzna Pan za obraźliwy. Proszę jednak zdać sobie sprawę, że pisząc tak ryzykowne (użyłbym słowa odważne, ale się boję J) rzeczy, naraża się Pan na kontrataki. Wiąże się to z odpowiedzialnością, ale o tym będzie jeszcze potem.
         Myślę, że to, co dzieję się z modelem rodziny, z rolami jej członków, a zwłaszcza z rolą mężczyzny, to ewolucja. Co więcej, przemiany te idą w absolutnie dobrym kierunku. W wypełnianiu swoich ról kobiety mają niezwykłego sprzymierzeńca, a jest nim instynkt macierzyński. Mężczyźni takiego pomocnika nie mają. Muszą uczyć się każdego dnia, ale, dzięki Bogu, przynosi to efekty. Nie wiem, czy pisał Pan swój artykuł pod wpływem kłótni z partnerką, w której zarzuciła Panu unikanie odpowiedzialności, nie wiem też czy jest Pan już ojcem. Sam nie czuję się ekspertem w tej dziedzinie, bo syn mój ma ledwie nieco ponad sześć miesięcy. Wydaje mi się, że ten pilot, o którym Pan pisze, nie istnieje. To powinien być wewnętrzny autopilot każdego ojca, wynikający z potrzeb własnych w takim samym stopniu jak z potrzeb dziecka.
         Miało być o odpowiedzialności, więc będzie. Pisze Pan, że współcześnie mężczyzna ma być misiaczkiem i niedźwiedziem. Ta rola się zmienia. Dziś mężczyzna, o wiele mocniej niż w wiekach wcześniejszych (od jaskini, za którą z niejasnych powodów Pan chyba tęskni, począwszy), zdaje sobie sprawę z potrzeby bycia partnerem dla kobiety. Nie ogranicza się do dość troglodyckiego postrzegania swojej roli w rodzinie, przynoszenia kasy, pokazania synowi jak ostrzyć patyk na włócznię i obrony trzody przed wilkami. Takich potrzeb już nie ma. Mężczyzna inteligentny wie, że trzeba przekuć zbroję rycerską na skrobaczkę do zaschniętej dziecięcej kupki. Wie, że świat kobiet to nie tylko kuchnia, że jeśli chcą czuć się spełnione, potrzebują wsparcia, że urlop macierzyński to ciężka praca, a nie relaks przed telewizorem czy przy komputerze, przerywany karmieniem co trzy godziny. Wspomina Pan o tym, że dawniej byliśmy potrzebni do nauki prawości, dorosłości, odwagi. Pewnie, tak jest dziś, tylko lista lektur podsuwanych przez życie jest inna. Przede wszystkim do głosu dochodzi odpowiedzialność. Pan proponuje ucieczkę przed nią, i nie zdziwię się, jeśli niejeden mąż i ojciec przeczytawszy Pana tekst powie kobiecie „nie będę chodził na pilota, nie będziesz sterować mną wbrew mojej woli, popatrz, poczytaj…” Bo będzie to wygodne i będzie na to poparcie w postaci Pana argumentów. Odpowiedzialny ojciec uśmiechnie się pod nosem na to, co przeczyta i przytuli syna tym chętniej zmieniając mu pieluchę. Odpowiedzialność nie zaczyna się, kiedy znikają problemy. Mojego syna będę chciał nauczyć przede wszystkim tego, że mężczyzna ponosi wszystkie konsekwencje swoich czynów. Jeśli ma dostać za coś baty, przyjmie je, bo będzie wiedział, że sam zasiał, co ma zebrać. Jeśli obsypią go kwiatami, będzie podwójnie dumny, bo zda sobie sprawę, że osiągnął to uporem, wytrwałością, wiernością wobec siebie i innych. Nie można uciekać przed przeszkodami, przed dziecięcą kolką, przed wstawaniem w nocy.
         Opowiem Panu jak to jest w moim przypadku. Zastrzegam jednak, że nie chcę przedstawiać siebie jako autorytetu czy wzoru do naśladowania. Daleko mi do tego, wiem o tym. Napiszę jednak o moich odczuciach, którym dość mocno w swoim tekście Pan zaprzeczył.
         Po kiepsko przespanej nocy, po trzech, czterech nieraz pobudkach, wstaję o godzinie piątej i zbieram się do pracy. Przez blisko dziesięć godzin śledzę dane w komputerze, wytężam uwagę i wzrok, wertuję katalogi w poszukiwaniu informacji. Jadę zatłoczonym autobusem, marznę, moknę, opadam z sił. Wracam do domu i bywa, że już na klatce schodowej słyszę płacz syna, któremu alergia pokarmowa czasem psuje humor. Otwieram drzwi i wydarza się cud. Widzę tę małą paszczę, jak przestaje się krzywić, a łkanie przechodzi w uśmiech. Od teraz jest już tylko lepiej. Biorę go na ręce, całuję, przytulam. Nie zdaje Pan sobie sprawy z tego, jak to ładuje akumulatory. Sam ze zmokniętego psa zamieniam się w niedźwiedzia. Spędzanie czasu z synem daje mi przyjemność, jakiej nie znałem, zanim on przyszedł na świat. Mam protestować? Sam, bez zewnętrznego sterowania, chcę być przy tym, jak rośnie, jak uczy się, że zabawkami nie tylko wali się po głowie. Chcę widzieć, jak zaczyna pełzać, jak uczy się nowych dźwięków, jak płacze bo boli go brzuch, jak wścieka się, bo coś mu nie wychodzi, jak nie może spać, albo jak zasypia przy karmieniu.
         To wszystko składa się na konkluzję, że nie rozumiem Pana postawy, a Pana argumenty nie trafiają do mnie, bo ja przed niczym uciekać nie chcę. Nie zamierzam stać z boku czekając, aż trzeba będzie nauczyć syna jak się bić. Nie twierdzę, że każde przewijanie to dla mnie zabawa i przyjemność. Dziecięce kupsko potrafi walić na kilometr, a sam podejmuję się przebierania, kiedy wiem, że nic brązowego nie zacznie nagle wypływać synowi wkoło szyi. W sytuacjach, kiedy przekroczone zostaną stany ostrzegawcze i alarmowe w pieluchach na terenie mieszkania, oddaję go w ręce specjalistki. Żona radzi sobie o wiele lepiej, ja staram się chociaż zabawiać małego, żeby machając nóżkami nie pryskał po ścianach swoim cuchnącym dziełem. Gdybym nie brał udziału w jego kąpieli, przedwczoraj przegapiłbym, jak pierwszy raz, samodzielnie podniósł się na kolana, a potem na nóżki, trzymając się jedynie krawędzi wiaderka.
         Na koniec, chyba jednak podziękuję Panu za Pana tekst. Uświadomił mi, jak bardzo się z nim nie zgadzam, i jak dobrze na tym wychodzę.
Z wyrazami szacunku,

Tomek

sobota, 14 lutego 2015

godzina kreatywnego (wy)życia

Znajome "psss!" rozległo się znów. Tym razem długopis miał barwne towarzystwo. W szeregu stały kredki akwarelowe.



sobota, 7 lutego 2015

a miałem iść spać...

Właśnie szedłem do łóżka, kiedy z ciemnego pokoju doszło do mnie ciche, ale uporczywe "psss!"
Usłyszałem to raz, drugi a potem trzeci. Okazało się, że to długopis żelowy domaga się odrobiny wieczornej gimnastyki. A wyszło to tak:


niedziela, 21 grudnia 2014

tania siła robocza

Zakupiłem "farbki wodne", które były moją zmorą w podstawówce. Pomarszczony papier i kłaki na całej pracy, rozlewające się kształty i nijakie kolory. Postanowiłem moją słabość przekuć na atut. Dodałem resztki wyschniętego chińskiego atramentu i efekt, jaki odniosłem po niespełna pół godziny, nie jest chyba całkiem dramatyczny.

środa, 5 listopada 2014

Pierwsze koty za płoty

Dość inspirujące jest dla mnie odkrywanie pana, który zowie się Feng Zhu i ma swoje studio concept artu i graficzną szkołę designerską.
Jedną z wielkich jego umiejętności jest tworzenie środowisk do gier i filmów. Potrafi zrobić to od zera, albo też przy użyciu własnej fotografii.
Z własną fotografią spróbowałem po raz pierwszy.
Nie jestem zadowolony z efektu, ale wiem, że muszę uświadomić sobie jak kiepsko stawiam ten pierwszy krok, żeby kolejne stawiać rozważniej i, mam nadzieję, lepiej.


czwartek, 30 października 2014

Bush "Man On The Run"


Pamiętam piękne czasy, kiedy „Need For Speed” było proste jak budowa cepa. Ścigasz się, wyprzedzasz innych wygrywasz. Możesz być policją. Wtedy gonisz. Żadna filozofia. Czysta przyjemność z jazdy. A co dodatkowo? Genialna muzyka. To zawsze charakteryzowało gry z tej serii. W części „Hot Pursuit 2” (tej starszej) wyjątkowo dobrze brzmiał numer „The People That We Love (Speed Kills)”. To skłoniło mnie do poszukania, kim właściwie są panowie z zespołu z Bush i co tez ciekawego mają mi do zaproponowania. Tak zaczęła się moja przygoda z zespołem.

Cieszę się, że po latach sielanka trwa dalej. Mimo niemal dziesięcioletniej przerwy, ekipie udało się wrócić w świetnym stylu krążkiem „The Sea Of Memories” w roku 2011. Teraz natomiast kontynuują dobre granie, serwując nam „Man On The Run”.

Próbowałem odnieść tę płytę do innych longplayów formacji, czy jest dojrzalsza, ciekawsza, zupełnie inna. Porównania nie wychodzą jednoznacznie. Zaglądając wstecz stwierdzam, że Gavin Rossdale i jego weseli kompani, od samego początku grali niesamowicie świadomie. Ich albumy są dojrzałe i konsekwentne. Już pierwsze utwory noszą ten charakterystyczny, ciężki rys, który trwa po dziś dzień. Można zarzucać im, że ocierają się lekko o monotonię, jednak nic bardziej mylnego. Nakreślili sobie pewne ramy, w granicach których swobodnie wyszukują nowych możliwości.

Tak też jest w „Man On The Run”. Już rozpoczynający „Just Like My Other Sins” sprawił, że poczułem się dobrze. Wróciły wszystkie sympatyczne odczucia, jakie do tej kapeli żywiłem. Mocny, osadzony nisko na ciężkich gitarowych nogach. Nie ma też obaw przed wsłuchiwaniem się w tekst.

Tytułowy numer gdzieś w swoim tle usiłuje sprzedać nam elektroniczne odskocznie. Delikatnie, pod riffami, przybite gwoździami perkusji, przewijają się dźwięki, których doświadczyć można, w większym nasileniu, słuchając ostatnich poczynań Muse. Dobrze to wszystko się prezentuje. „Man On The Run” to propozycja typowo w stylu post-grunge.

Pierwszym singlem i teledyskiem z tej płyty jest „The Only Way Out”. Po zetknięciu się z nim, wyraziłem nadzieję, że całość nie będzie zdziadziała. Słuchając tej kompozycji, można odnieść wrażenie, że Bush już powoli myślą nad złagodzeniem rockowego kaca i graniem w nieco delikatniejszy sposób. Na szczęście, jeśli dobrze się wgryźć, „The Only Way Out” to też mała paczka gwoździ do zgryzienia.
                                     Bush "The Only Way Out" - źródło Youtube

„The Gift” zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. I jest to chyba pierwszy numer z płyty, który zacząłem nucić pod nosem. Chwytliwa melodia i tekst, który powtarza się sam. Zacząłem się w niego wsłuchiwać, bo przestraszyły mnie słowa „Jesteś spadającą gwiazdą w swojej konstelacji”. Reszta tekstu mnie uspokoiła. Gorąco polecam zagłębienie się w liryki z całego krążka. Tak dziś pisze się dobre utwory. Bez napuszania i bez frazesów.

„This House Is On Fire” ma wielki atut w postaci drugiego tempa w zwrotce. Stosunkowo szybko wybijane wersy nagle, na jedną linijkę, przechodzą w wolno wyśpiewywane słowa. Jakby zaraz potem miał rozpocząć się refren. Taki zabieg buduje ciekawą atmosferę.

„Loneliness Is A Killer” pod względem atmosfery i emocji to zdecydowany numer jeden. To Bush, jaki znamy z najlepszych kawałków, jak „Afterlife” czy „Glycerine”. To z nim „Man On The Run” rozkręca się na dobre. Znalazłem tu ponad pięć minut świetnego brzmienia, pełnego energii i doskonale zaaranżowanego.

„Bodies In Motion” ma w sobie coś z obrazu. Rossdale i spółka malują mi w wyobraźni scenę, w której zmęczony życiem facet przepuszcza przez palce kasę, przelewa alkohol, przerzuca kobiety, cały czas wspominając dawne chwile szczęścia, których kiedyś zaznawał. Taki numer to dobre ćwiczenie na interpretację, czucie muzyki. Od strony twórcy Bush poradzili sobie całkiem sprawnie.

„Broken In Paradise” w stylistyce podobny jest dość do „This House…”. Połączenie przeciągniętego wokalu osadzonego w mocnym gitarowym brzmieniu daje bardzo dobry efekt w postaci rockowej ballady przez duże R i B. Nie jest to typ piosenki, przy której uśniecie, ale taki, który złapie za wnętrzności i ściśnie.

Dużo spokojniej robi się w kolejnym „Surrender”. Instrumenty ciszej, zwrotka spokojniej, podręcznikowa konstrukcja przytulanki ze wzmocnionym zakończeniem. Miły akcent, prawie na końcówkę płyty. A przede mną już tylko dwie pozycje.

„Dangerous Love” może nie jest podszyte elektronicznymi brzmieniami, jak to mamy w przypadku pierwszego na krążku „Just Like My Other Sins”, jest jednak najnowocześniej brzmiącym numerem z całego składu. Może sprawiają to wplecione w instrumentalną warstwę zwrotki delikatne szarpnięcia za struny, może cała linia gitarowa snująca się w tle. Wszystko komponuje się świetnie i, jak śpiewa Gavin „Everything is beautiful and nothing hurts”.

Sam koniec to „Eye Of The Storm”, najspokojniejsza kompozycja na „Man On The Run”. Chyba przy okazji jest to najmniej „bushowski” numer. Coś w głębi żołądka czuję, że tej jesieni możemy doczekać się jeszcze klipu i singla opartego na owym kawałku.

Podsumowując, płyta, na którą cieszyłem się od pierwszej wzmianki, że może powstać, nasyciła mój apetyt. Nie przyjmuję jej bezkrytycznie, ale tak szczerze, nie ma się tu do czego przyczepić. Cały skład Bush stanął na wysokości zadania i zrobił to, czego od nich wymagano. Solidny longplay serwujący szeroki wachlarz muzyczno-emocjonalny. Polecam z czystym sercem.

wtorek, 21 października 2014

Slipknot ".5: The Gray Chapter"


Jak inaczej rozpatrywać można najnowsze dzieło zespołu Slipknot, jeśli nie w kategoriach rewelacji? Myślę, że nie można. Od pierwszego dźwięku „.5: The Gray Chapter” przekonało mnie do jednego – to jest to. Na taką płytę czekałem.

Otwarcie za pomocą „XIX” to strzał w dychę. Dużo energii i ciekawych pomysłów na początek. Corey Taylor postarał się, żeby było jasne, że nie zapomniał jak śpiewać w mroczniejszym klimacie.

Kolejne kompozycje zwracają uwagę przede wszystkim kapitalnym brzmieniem instrumentów. To Slipknot, jaki znam, jaki lubię, i jakiego bałem się słuchać, kiedy miałem 12 lat. Niestety nie można już powiedzieć w pełni konsekwentnie, że i wokal poprowadzony jest po „slipknotowemu”. Weźmy taki „Nomadic” – przecież w refrenie brzmi to jak kupa współczesnych kapel z popowym wokalem, zmieszanym z metalowym krzykiem. Może nie zapowiada się na przejście na screamo, ale z pewnością Taylor zapomina, że to chwilowo nie jest Stone Sour. Tak jest w „Goodbye” i miejscami w „The Devil In I”.
                                             Slipknot "The Devil In I" - źródło Youtube

Mimo tych odlotów wokalnych, bliżej mi skojarzeniowo do dobrych czasów Korna niż do pobocznego projektu Coreya. „AOV” brzmi nieziemsko. Perkusyjna naparzanka, garściami włożona energia. Nie ma nad czym powybrzydzać. I nawet się nie chce.

Myślę, że te sześć lat dość dobrze wpłynęło na granie, jakie nam prezentują amerykańscy metalowcy. Przekaz, jaki powinna nieść ze sobą muzyka, nie ginie w nagminnej nawalance. Jeśli już ją mamy, jak w „Custer”, to wpleciona jest w pewną konwencję, w historię przyciągającą słuchacza sposobem podania. Chyba nawet „Custer” stanowi świetny moment do cofnięcia się do początku krążka. Za drugim przesłuchaniem albumu, tak właśnie zrobiłem. Skończył się numer 11 i natychmiast „5: The Gray Chapter” poleciało od nowa. W jakiś sposób tu tkwi pointa longplaya. Nie wiem jak to wyjaśnić. To po prostu takie uczucie w żołądku.

Album zbliża się ku końcowi przez przerywnik „Be Prepared For Hell”, będący równocześnie intrygującym wstępem do „The Negative One”, pierwszego singla promującego płytę.

I jeszcze drobna uwaga. Jeśli nie posiadacie na swoim krążku utworu „If Rain Is What You Want” to znak, że ktoś nabił Was w butelkę. Zgodnie z informacją podaną na stronie zespołu, właśnie ten numer nie znajdował się na pirackiej partii, którą wykryto już na kilku rynkach.

Podobno planowane są też wersje z dwoma bonusowymi numerami: „Override” i „The Burden”.

Choć przesłuchałem płytę z przyjemnością, cieszę się, że nie wyczekiwałem jej z takimi wypiekami, z jakimi czekam na nowych Foo Fighters czy Bush. Chyba zawiodłoby mnie to połączenie różnych zespołów, rozjazd między poboczne projekty. Nawet piosenka „Lech” nie jest o naszym Lechu.