środa, 8 października 2014

Acid Drinkers "25 Cents For A Riff"


Zespół Acid Drinkers jest zaledwie rok młodszy ode mnie. Jako niemal rówieśnik, czułem się zobowiązany do sporządzenia recenzji ich najnowszego krążka „25 Cents For A Riff”. Inna sprawa, że ta premiera to jedno z ciekawszych wydarzeń na polskiej scenie rockowo – metalowej.

Płyta ma dwa dni a ja, im częściej jej słucham, tym więcej rzeczy mi się podoba. Mam tu do czynienia z koneserami, którzy dobrze wiedzą, po co wchodzą do studia. Kiedy zabierają się za pisanie numerów, też robią to konkretnie, świadomie i, co najważniejsze, dobrze.

Wciąż dziwi mnie radocha, jaką mają słuchacze i jaką muszą też mieć sami muzycy podczas tworzenia i grania coraz to nowych kompozycji. Świetnie bawiłem się przy „La Part Du Diable”, ale tym razem jest chyba lepiej.

Na znakomitą atmosferę krążka wpływa chyba najmocniej drugi na płycie „Me”. Ponadto sam kawałek tytułowy odwalił dobrą robotę. Zawsze byłem zdania, że dobrze singiel promujący longplay dać jako otwarcie albumu. Słuchacz ma wtedy swego rodzaju przewodnika po nieznanym.
                                    Acid Drinkers "25 Cents For A Riff" - źródło Youtube
 
Znakomicie też prezentuje się jedyny, jak dotąd, teledysk. „Don’t Drink Evil Drinks” miał swoją premierę w dniu publikacji „25 Cents…”

Podoba mi się szacunek Acid Drinkers do fanów. Mamy tu utwory lżejsze, bardziej melodyjne, ale też mocne, nawiązujące do historii Kwasożłopów. Świetnym przykładem ukłonu do odbiorców 40+ jest „God Hampered His Life” oraz „Chewed Alive”.

Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że w trakcie „Not By It’s Cover” w Acidach włączył się pod koniec tryb „St. Anger” rodem z Metalliki. Śmiesznie było słyszeć tu tę gitarę i perkusję w niemal identycznym zestawieniu. Niby trwało to tylko chwilę, ale wydaje mi się, że nie było przypadkowe.

Jestem w zdecydowanie mocniejszej części „25 Cents…”. Genialnie brzmiące „Demise” i mroczne, dość ciężkie „Riot In Eden” sprawiły, że przyda mi się kawa. Przyznam się do niewielkiego kryzysu dopadającego mnie zwykle w tym momencie albumu. Nieco pozwalają wrócić na tor świetne gitarowe solówki, ale ogólnie ciężko tak bez zaczerpnięcia powietrza skupić się na słuchanym materiale.

Po łyku czarnej energii i odetchnięciu czystym smogiem przystępuję o dalszej części. Nową dawkę sił napędza dodatkowo energetyczny wstęp do „The Noose”. Niestety moc tracę dość szybko, za przyczyną monotonnego wokalu. Pewnie, w takiej muzyce nie oczekuję synkop, wibratta czy innych udziwnień, ale tak poprowadzona linia śpiewu uniemożliwia mi przebrnięcie przez wszystkie propozycje Kwasożłopów za jednym zamachem.
Okładka płyty - skan własny :)
 
I pewnie znów zrobiłbym sobie przerwę, gdyby nie „Madam’s Joint”. Klimat przywodzący na myśl Proletaryat w refrenie a Golden Life w zwrotce. Dość to nietypowe, ale skuteczne połączenie.

„Enjoy Your Death” pachnie mi Dzikim Zachodem. Nie mogę pozbyć się obrazu naparzających się kowbojów, rozbijanych na głowach butelek, nieprzytomnych facetów wypadających przez wahadłowe drzwiczki salonu.

I na koniec fantastycznie zaserwowana ballada „My Soul’s Among The Lions”. Całkiem inny śpiew i odmiana emocji. Przyjemnie wsłuchać się w brzdękanie gitary i przemyśleć sączące się słowa.

Ogółem, płytę mogę polecić z czystym sercem każdemu, kto ma akurat smaka na dojrzałe granie grupy pasjonatów świetnie znających się na swoim rzemiośle. Może nie jestem w stanie połknąć jej całej na raz, ale na dwa czy trzy dania to prawdziwa muzyczna uczta z kupą mięcha.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz