piątek, 22 lutego 2013

Rozstania i powroty - (nie)krótka historia the Cranberries

Tak już mam, że niektóre albumy urzekają mnie jeszcze przed ich przesłuchaniem. Dość to ryzykowne, ale często się opłaca. Nastawiam się dobrze, nastrajam odpowiednio i przygotowuję właściwie do ich przyjęcia. Tak było dokładnie rok temu. Wtedy na świat przyszła Róża. Mały i krągły owoc miłości Dolores i kilku panów. Płyta "Roses" kończy dziś roczek i to skłoniło mnie do poświęcenia dzisiejszego wpisu tym, którzy są za nią odpowiedzialni. Zespołowi The Cranberries.

Ich historia jest jak audycje w Radio Wolna Europa. Zjawiskowa, poruszająca ale też przerywana. A wszystko zaczęło się w 1989 roku w niespokojnej Irlandii, w mieście Limerick. Tam właśnie bracia Noel i Mike Hogan, wraz z Fergalem Lawlerem, postanowili dać początek ekipie nazywanej najpierw "The Cranberry Saw Us". Zabieg był taki, by brzmiało niepokojąco, że niby wszyscy jesteśmy obserwowani przez olbrzymią żurawinę, ale też przewrotnie, jako żurawinowy sos (the cranberry sauce). Przez chwilę mikrofon dzierżył Niall Quinn. Lubił śpiewać o tym jak to jego babcia utopiła się w fontannie w Lourdes czy o swoich fantazjach o byciu zrzuconym z ogromnych schodów niczym połowa kobiet grających w "Dynastii".
Klimat chyba nie odpowiadał reszcie, kiedy zatem ów nietypowy frontman odszedł, bez żalu rozpoczęły się przesłuchania. Właściwie w momencie, kiedy do pokoju castingowego weszła Dolores O'Riordan, reszta chętnych mogła ładnie się ubrać i sobie pójść być piosenkarzami i piosenkarkami gdzie indziej. Unikalna barwa jej głosu do dziś zdumiewa i nie ma sobie równych. Oprócz wokalu, dziewczyna sprawdziła się świetnie jako autorka tekstów. Pierwszym jej zadaniem miało być napisanie słów do demówki, którą dostała od nowych kolegów. Już następnego dnia przyniosła i podała na srebrnej tacy "Linger".


Jak na debiutantkę, dość skutecznie opuściła tym szczęki reszcie kapeli. Nie mieli wyboru, z taką frontmanką musieli przejść do historii. Wszyscy byli jeszcze nastolatkami więc mieli na to dość czasu. Rozpoczęli od badania rynku. Lokalnie wypuścili swoje demo i patrzyli co ludzie na to. A ludzie - pokochali nowe zjawisko w swojej okolicy. Potem demo trafiło do wytwórni. Ich właściciele zaczęli bić bić o to, by wziąć pod swoje skrzydła rodzącą się gwiazdę. Ostatecznie The Cranberries z już skróconą nazwą, trafili do Island Records, ówczesnego opiekuna U2. I tu już zgrzytnęło. Do rozpadu grupy omal nie doprowadził już na starcie Pearse Gilmore, menedżer. Potajemnie podpisywał kontrakty i szukał tylko sposobności by szybko wzbogacić się na nieobeznanych w temacie dzieciakach. Tarcia w zespole poszły mu jednak w pięty i stracił swoją ciepłą posadkę.

Wiosna 1993 to debiutancka płyta "Everybody Else Is Doing It, So Why Can't We?".  Promocja oparta na singlach "Dreams" i wspomnianym już "Linger" połączona z trasą z innymi zespołami po USA (gdzie żurawinki przyjmowano często lepiej niż gwiazdy wieczoru) sprawiły, że album trafił w końcu na pierwsze miejsce list przebojów na Wyspach Brytyjskich. Debiut - marzenie.

Już jesienią roku kolejnego świat zawrzał. "No Need To Argue" i fenomenalny "Zombie" na dobre wyryły Irlandczykom złotymi literami tablicę honorową w historii rocka. Siedmiokrotna platyna w Stanach, platyna w Kanadzie, Szwajcarii i kilka koncertów w serii "MTV Unplugged" to efekt rozbłysku geniuszu.

źródło - http://www.indiwall.com/wallpaper/the-cranberries-zombie-wallpaper-jxhy/

Blask jednak przygasł wraz z kolejnym krążkiem. "To The Faithful Departed" zostało nagrane przy współpracy z Brucem Fairbairnem, współpracujcym na przykład z Bon Jovim i Aerosmith. Połączenie hamerykańskiej pomysłowości z irlandzką zadziornością efekt przyniosło mizerny. Coś jednak ze świeżości zostało, bo ostatecznie byle grajki nie są w stanie stworzyć czegoś równie pięknego jak "When You're Gone".


Pojawiło się malutkie pękniecie, które w efekcie wzbudziło plotki. Mocna pozycja Dolores sugerowała, że opuści skład by solowo podbijać świat. Tak ostatecznie się nie stało, ale The Cranberries w roku 1996 mimo wszystko zdecydowali się zawiesić działalność. Wrócili jednak do siebie dość szybko i w 1999 roku wydali "Bury The Hatchet", czwarty album w karierze. Mroczne klimaty "Promisses" i "Animal Instinct" przeplatały się z melancholijnymi i przyjemnymi "Just My Imagination" czy "You & Me".

Najsłabiej w dyskografii wypadł "Wake Up And Smell The Coffe". O singlu "Analyse" już nikt nie pamięta, "Time Is Ticking Out" kojarzą tylko smakosze a samo "This Is The Day" to za mało by sprzedać całe wydawnictwo.


Dziwnie skomponowana płyta z drogimi teledyskami i odcinanie kuponów. Najczęściej takie właśnie zarzuty padały pod adresem grupy. Mimo nadstawiania drugiego policzka, towarzystwo powiedziało "dość" w roku 2004. O'Riordan nagrywała odtąd solowo do filmów (np "Pasja", gdzie zaśpiewała "Ave Maria") a Noel Hogan powołał projekt Arkitekt.

Przerwa trwała do roku 2009. Wtedy to, wiedzeni miłością do siebie nawzajem i do muzyki w ogóle, muzycy zjednoczyli się raz jeszcze. Owocem tego pojednania stał się krążek "Roses", którego rocznicę dziś świętujemy. Po koncertach w USA i w Europie The Cranberries weszli do studia, nagrali 15 kawałków i 11 z nich umieścili na CD. Powrót do brzmienia z początków kariery i świeże podejście do samych siebie sprawiło, że promujące wydawnictwo "Show Me" zmiotło z nóg (przynajmniej mnie) i pokazało, że wyspiarze nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Oby tych słów było jeszcze sporo w ich tajemniczym pudełku z pomysłami.

źródło - http://www.omidgolbasi.com/reviews/


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz