piątek, 18 kwietnia 2014
czwartek, 17 kwietnia 2014
o czasie
Zapanować nad czasem, który się
nie kurczy i nie podlega planom czy działaniom. Dawać ludziom złudzenie, że
można go poskromić i traktować jak drogę przez przestawianie cyfr i zmianę dat.
Przez krążenie wskazówek zegarów i kartek kalendarzy. Aż od ciągłego obciążania
nabierze dziur
i kolein. Aż nie będzie przyjemności spędzać w nim życia.
i kolein. Aż nie będzie przyjemności spędzać w nim życia.
A jednak, odkąd człowiek zdał
sobie sprawę, że czas nim rządzi, stara się odwrócić ten układ. Od początków
zależni byliśmy od ogromnego czasomierza, jakim jest świat żyjący, natura.
Każdy ma swoje miejsce gdzieś pomiędzy wschodem a zachodem słońca, czy to z
jednej, czy z drugiej strony. Pogodzeni z tym przodkowie wstawali, kiedy nocne
bestie wracały do swoich samotni. Wypuszczali oswojone zwierzęta i dzieci, żeby
schować je bezpiecznie nim nasza gwiazda zniknęła za horyzontem.
Kiedy ziemia wegetowała pod warstwą
śniegu, ludzie wegetowali spożywając suche pożywienie, czekając odwilży, by
zaraz potem sadzić, siać, płodzić i mnożyć. Dzielili ten ogrom na czas dawania
życia, pielęgnacji i zbierania plonów i śmierci. Potem, w miarę wzrostu
umiejętności zaczęło to uwłaczać godności władców świata. Bo panem nie był już
czas. Samozwańcy na dwóch nogach wyprostowali się i gryźli rękę, która ich
ganiła, przypominała o małości i nieporadności. Ugodził więc człek ten bezmiar
swoją barbarzyńską matematyką. Wbił miarę w bok absolutu. Wydzielił godzinę.
Jak pomarańczę obdarł ze skóry odrywając kolejno minuty pełne pestek sekund.
Zaczął konsumować i, aby napompować wiecznie pusty żołądek pasożyta, dzielić na
coraz mniej i mniej.Sklejone owoce poczęły tworzyć hybrydy zwane dobami,
tygodniami, zlęknionymi i wciśniętymi w szufladę stadami tygodni, miesięcy, lat…
Samozachwyt nazywania rodził Trias, Jurę czy Mezozoik. Półbogów
z przytrzymywanymi rękami, te zaś chowały w sobie uszczknięty kęs niegdysiejszej pełnej strawy.
z przytrzymywanymi rękami, te zaś chowały w sobie uszczknięty kęs niegdysiejszej pełnej strawy.
Dzielić i panować. Czas zrównany
z pieniądzem, choć wydajemy go chętniej i mniej roztropnie. Nikt go nam nie
wypłaci i nie da na kredyt. Absurdalna iluzja tego, że mamy go w garści. Mrówka
przekonana o tym, że jej mrowisko poskromiło Wszechświat. Minie on nas ogromnym
krokiem wielkoluda, zmierzającego wolno i pewnie przed siebie. Nie pyta o zgodę
i nie ogląda się na ziarenka piasku pod swoimi stopami.
piątek, 10 stycznia 2014
Przesłanie na nowy rok
Nowy Rok jest wciąż dość świeży i można, mimo tych dziesięciu dni minionych, podejmować noworoczne postanowienia. Jedno z moich nabożnych życzeń, to takie, abym umiał przez okrągły rok używać mózgu.
Jakiś czas temu postanowiłem sobie, że nie będę oglądał wiadomości, nie będę czytał takowych ani nie zgłębię tego, co się w świecie w różnych sferach dzieje. Przez jakiś czas żyłem sobie w spokoju i błogiej nieświadomości, ale nie da się. A nie da się dlatego, że propaganda wiadomości, bycia na bieżąco i posiadania "własnego" zdania jest zbyt mocna.
Nie możemy uciec od cisnących nas ze wszystkich stron tytułów, opinii, uszczegółowień. Straszne jest, jak bardzo walczy się o naszą uwagę, ale też o jeszcze jedną rzecz. O to, by przeciągnąć nas na jedną ze stron w każdym możliwym sporze.
Banalny przykład, na którym zacząłem snuć swoje rozważania. Kibice piłkarscy. Póki kibice, to jeszcze pół biedy. Problem zaczyna się w kręgach fanatyków. Normalnie powinno wystarczać kibicowanie danemu zespołowi. Na moim przykładzie - niech będzie to Legia Warszawa. Wygrywamy - jestem zachwycony. Przegrywamy - lekki dołek, ale nie ma powodu do łez i tragedii, w końcu to tylko część naszego życia oznakowana jako rozrywka. Fanatycy natomiast posuwają się nieco dalej - żyją każdym meczem, mają swoją wielką pasję, podszytą jednak nienawiścią. Nienawidzą kilku innych klubów umiarkowanie, dwóch czy trzech wręcz niewyobrażalnie, tolerują inne a znów wąska grupa to ekipy zaprzyjaźnione. A dlaczego? Bo ktoś tak powiedział. Pewnie nawet nie można dojść do tego kto. Ktoś komuś nadepnął na nogę w tramwaju i nie przeprosił. I tak to poszło, choć powody marne. Ale konflikt narasta, jest eskalowany przez lata i żyje swoim własnym życiem.
I chyba tak zaczyna być w innych dziedzinach. Zamiast szukać rzeczy, które nas łączą, szukamy tych, na których punkcie możemy się poróżnić. Nie chodzi nawet o pokazanie swojej racji, ale o pokazanie, że ten inny racji nie ma. A jeszcze jak się myli i można mu to publicznie wypomnieć, o niebiosa, prawdziwy cud!
Szukanie wrogów to już prawie sport narodowy. Hipsterzy, skini (są jeszcze jacyś?), homoseksualiści, green peace, katolicy. Nagle każdy przejaw inności to szok. Każdy znak, że ma się jakieś konkretne przekonania, to powód do napiętnowania. Zerkam na komentarze pod filmami na youtube. Żywe odbicie przekonań w społeczeństwie. A czemu żywe? Bo na nie reaguje. Jeden komentarz, wstawiony o 22:00 w poniedziałek mówi jedno, a drugi, wstawiony po serii mózgopiorących reportarzy TVN24, mówi zupełnie co innego. I tak nastroje społeczeństwa zmienione, społeczeństwo poróżnione, już można zacierać ręce, bo przecież każdy człek wejdzie na tę stronę i obejrzy to wydanie faktów czy mitów, żeby dowiedzieć się, że to on ma rację.
Nienormalne jest, że anonimowość daje nam bodźce raczej do złych rzeczy niż do dobrych postaw. Hejterzy prześcigają się w głupocie. Dziś poważny wypadek miał Thomas Morgenstern. Może jestem inny, ale normalnym odruchem wg mojej opinii, powinno być współczucie, życzenie mu jak najlepiej, szybkiego powrotu do zdrowia. Komentatorzy z sieci mają inaczej. Co jakiś czas pojawia się stwierdzenie "pieprzony idiota chcący popełnić samobójstwo", "dobrze mu tak, nie lubię szwaba"...
Przykład idzie z góry - nasze "elity" zamiast w kwestiach kluczowych dla kraju i ludzi porozumieć się, drą koty o to, czy dwadzieścia lat temu wolno było kupić pole od sąsiada. I żeby komisję śledczą, że ten to zero a tamten prostytutka. Zamiast budować na mocnych i ważnych filarach, rozpieprza się wszystko od środka wyjmując cegiełki i wykałaczkami wydłubując tynk.
A może faktycznie wystarczy pomyśleć? Wróciłem jednak do wiadomości. Jednak lubię być na bieżąco i znać fakty. Ale tylko fakty. Najczęściej prawdziwa jest tylko pierwsza informacja na dany temat. Każda kolejna to pogoń za sensacją. Każdy zaproszony gość, nawet nieświadomie, mąci nam w głowach. Wypowiada swoją opinię popartą autorytetem, czy to eksperckim, czy może wynikającym z tego, że jest sportowcem, muzykiem, malarzem, i ktoś go podziwia i chce być jak on. To jest genialna maszyna manipulująca nieświadomym odbiorcą. Ja powoli do tego dochodzę i uczę się przesiewać to, co warto wiedzieć od tego, co może być niebezpieczne.
Boję się, że pewnego dnia ludzie będą napadać na siebie w ciemnych zaułkach i z maczetami w ręce pytać "Słowacki czy Mickiewicz?"
Jeszcze raz, na ten rok - mądrości.
Jakiś czas temu postanowiłem sobie, że nie będę oglądał wiadomości, nie będę czytał takowych ani nie zgłębię tego, co się w świecie w różnych sferach dzieje. Przez jakiś czas żyłem sobie w spokoju i błogiej nieświadomości, ale nie da się. A nie da się dlatego, że propaganda wiadomości, bycia na bieżąco i posiadania "własnego" zdania jest zbyt mocna.
Nie możemy uciec od cisnących nas ze wszystkich stron tytułów, opinii, uszczegółowień. Straszne jest, jak bardzo walczy się o naszą uwagę, ale też o jeszcze jedną rzecz. O to, by przeciągnąć nas na jedną ze stron w każdym możliwym sporze.
Banalny przykład, na którym zacząłem snuć swoje rozważania. Kibice piłkarscy. Póki kibice, to jeszcze pół biedy. Problem zaczyna się w kręgach fanatyków. Normalnie powinno wystarczać kibicowanie danemu zespołowi. Na moim przykładzie - niech będzie to Legia Warszawa. Wygrywamy - jestem zachwycony. Przegrywamy - lekki dołek, ale nie ma powodu do łez i tragedii, w końcu to tylko część naszego życia oznakowana jako rozrywka. Fanatycy natomiast posuwają się nieco dalej - żyją każdym meczem, mają swoją wielką pasję, podszytą jednak nienawiścią. Nienawidzą kilku innych klubów umiarkowanie, dwóch czy trzech wręcz niewyobrażalnie, tolerują inne a znów wąska grupa to ekipy zaprzyjaźnione. A dlaczego? Bo ktoś tak powiedział. Pewnie nawet nie można dojść do tego kto. Ktoś komuś nadepnął na nogę w tramwaju i nie przeprosił. I tak to poszło, choć powody marne. Ale konflikt narasta, jest eskalowany przez lata i żyje swoim własnym życiem.
I chyba tak zaczyna być w innych dziedzinach. Zamiast szukać rzeczy, które nas łączą, szukamy tych, na których punkcie możemy się poróżnić. Nie chodzi nawet o pokazanie swojej racji, ale o pokazanie, że ten inny racji nie ma. A jeszcze jak się myli i można mu to publicznie wypomnieć, o niebiosa, prawdziwy cud!
Szukanie wrogów to już prawie sport narodowy. Hipsterzy, skini (są jeszcze jacyś?), homoseksualiści, green peace, katolicy. Nagle każdy przejaw inności to szok. Każdy znak, że ma się jakieś konkretne przekonania, to powód do napiętnowania. Zerkam na komentarze pod filmami na youtube. Żywe odbicie przekonań w społeczeństwie. A czemu żywe? Bo na nie reaguje. Jeden komentarz, wstawiony o 22:00 w poniedziałek mówi jedno, a drugi, wstawiony po serii mózgopiorących reportarzy TVN24, mówi zupełnie co innego. I tak nastroje społeczeństwa zmienione, społeczeństwo poróżnione, już można zacierać ręce, bo przecież każdy człek wejdzie na tę stronę i obejrzy to wydanie faktów czy mitów, żeby dowiedzieć się, że to on ma rację.
Nienormalne jest, że anonimowość daje nam bodźce raczej do złych rzeczy niż do dobrych postaw. Hejterzy prześcigają się w głupocie. Dziś poważny wypadek miał Thomas Morgenstern. Może jestem inny, ale normalnym odruchem wg mojej opinii, powinno być współczucie, życzenie mu jak najlepiej, szybkiego powrotu do zdrowia. Komentatorzy z sieci mają inaczej. Co jakiś czas pojawia się stwierdzenie "pieprzony idiota chcący popełnić samobójstwo", "dobrze mu tak, nie lubię szwaba"...
Przykład idzie z góry - nasze "elity" zamiast w kwestiach kluczowych dla kraju i ludzi porozumieć się, drą koty o to, czy dwadzieścia lat temu wolno było kupić pole od sąsiada. I żeby komisję śledczą, że ten to zero a tamten prostytutka. Zamiast budować na mocnych i ważnych filarach, rozpieprza się wszystko od środka wyjmując cegiełki i wykałaczkami wydłubując tynk.
A może faktycznie wystarczy pomyśleć? Wróciłem jednak do wiadomości. Jednak lubię być na bieżąco i znać fakty. Ale tylko fakty. Najczęściej prawdziwa jest tylko pierwsza informacja na dany temat. Każda kolejna to pogoń za sensacją. Każdy zaproszony gość, nawet nieświadomie, mąci nam w głowach. Wypowiada swoją opinię popartą autorytetem, czy to eksperckim, czy może wynikającym z tego, że jest sportowcem, muzykiem, malarzem, i ktoś go podziwia i chce być jak on. To jest genialna maszyna manipulująca nieświadomym odbiorcą. Ja powoli do tego dochodzę i uczę się przesiewać to, co warto wiedzieć od tego, co może być niebezpieczne.
Boję się, że pewnego dnia ludzie będą napadać na siebie w ciemnych zaułkach i z maczetami w ręce pytać "Słowacki czy Mickiewicz?"
Jeszcze raz, na ten rok - mądrości.
środa, 1 stycznia 2014
Kreatywność w dwóch krokach
Krok pierwszy:
bądź kreatywny na tyle, żeby zrobić pudełko z tektury.
Krok drugi:
bądź kreatywny jeszcze trochę.
bądź kreatywny na tyle, żeby zrobić pudełko z tektury.
Krok drugi:
bądź kreatywny jeszcze trochę.
poniedziałek, 25 listopada 2013
szybki tabletowy
nasennie, żeby wena nie bujała się nocą po głowie - portrecik przypadkowego przechodnia na tablecie.
niedziela, 24 listopada 2013
sobota, 9 listopada 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)






